Przypomnijmy, że bunt Filipińczyków, zatrudnionych w firmie Okna Rąbień, wybuchł w połowie kwietnia. 31 osób porzuciło pracę i pojechało do Warszawy, aby pożalić się konsulowi honorowemu. Narzekali na brak posiłków i wody, złe traktowanie i fatalne warunki zakwaterowania w barakach. Tych zarzutów nie potwierdziła później Państwowa Inspekcja Pracy. Do tego doszły nieporozumienia finansowe. Filipińczykom obiecywano w ich kraju zarobki co najmniej 500 dolarów miesięcznie, a w Polsce okazało się, iż będą zarabiać w złotówkach, co przy kiepskim kursie walut dawało 300 dolarów.
Po powrocie od konsula czekały na Filipińczyków wymówienia z pracy. Noc spędzili pod chmurką na dziedzińcu kościoła w Rąbieniu. Na kolejny tydzień przygarnęła ich gmina Aleksandrów, która zapewniła opiekę i posiłki w noclegowni. Azjaci musieli opuścić tę placówkę, bo ich miejscem zameldowania w Polsce była firma Okna Rąbień. Gdyby pozostali w noclegowni, Straż Graniczna musiałaby zamknąć ich w areszcie dla osób nielegalnie przebywających w Polsce.
W tym czasie trwały działania, zmierzające do zapewnienia powrotu Azjatów do Manili. Chodziło o to, by nie doszło do przymusowej deportacji na koszt Skarbu Państwa, tylko do ich powrotu za pieniądze rządu Filipin. Udało się. Wczoraj do Rąbienia przyleciał z Londynu ambasador Filipin, z Budapesztu konsul tego kraju, a z Manili szefowa tamtejszego urzędu pracy.
- Strona filipińska przyznała mi rację, że bunt wybuchł bez mojej winy, dlatego zdecydowała się sfinansować Azjatom powrót do domów i nie próbowała obciążać finansowo mojej firmy - powiedział Rafał Kucharski, prezes Okna Rąbień. - Nadal chcę zatrudniać pracowników z tego kraju. Pomysł jest dobry, ale szkodzi mu obecny kurs dolara. Zawiodło jeszcze jedno ogniwo, czyli pośrednik z Manili, który wprowadził robotników w błąd.
Pożegnaniu Filipińczyków towarzyszyły łzy. Wzruszyli się Azjaci i pracownicy noclegowni. Najdłużej ściskali się z dwiema pracownicami opieki społecznej, które codziennie o godz. 9 przynosiły im posiłki do baraków. Dyplomaci filipińscy dziękowali natomiast władzom gminy za roztoczenie opieki nad ich rodakami.
W fabryce w Rąbieniu życie toczy się dalej. Rafał Kucharski umieszcza wszędzie ogłoszenia, że szuka pracowników, zapewniając wysokie pensje i miłą atmosferę pracy. Jak twierdzi, jedni wyjechali, ale muszą przyjść inni, aby firma zarabiała. Bunt niósł straty rzędu 20 tys. złotych dziennie.
[ Marcin DARDA ]
- Autor: Artur Sikora
- Data dodania: 06.05.2009 12:10:07
- Źródło: Dziennik Łódzki
Galeria

